Pokazywanie postów oznaczonych etykietą makro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą makro. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 lipca 2014

Jestem i mnie nie ma.

Gdzie byłam, jak mnie nie było? W domu, oglądając seriale, które uwielbiałam w podstawówce (Degrassi, Instant Star, Radiostacja Roscoe), głaskając kota i bawiąc się nowym blenderem, nie robiłam zupełnie nic. Aż dziwne, że w ogóle miałam aparat w rękach. 
13 lipca wróciłam ze Slot Art Festiwalu, szczęśliwa jak nigdy, z kilogramem wspomnień i jak myślałam toną zdjęć analogowych. Mam ledwie 40, chociaż licznik aparatu przestał już dawno liczyć zdjęcia i oszukiwał mnie, że klisza jest taka wydajna. Coś się zepsuło, nie mam połowy zdjęć jakie robiłam na warsztatach, czy ogólnie na terenie Slotu, a było takie jedno zdjęcie na którym tak strasznie mi zależało, żeby zobaczyć efekt. Mam tylko Nasze grupowe zdjęcia typu "kubek ze Starbucksa", czy zdjęcia w szybie informacji pociągowej, ale zaletą jest to, że mam chociaż kilka zdjęć z Wrocławia, które robiłam w trakcie Naszej godzinnej wyprawy. 
Miałam zrobić sprawozdanie ze Slotu, ale przeglądając blogi, które udostępnia fanpage mam wrażenie, że już wszystko zostało powiedziane, napisane. Także dzisiaj kilka luźnych ujęć, które nazbierały mi się w folderze. Plus kot. Jeśli kogoś nie dopadła jeszcze moja kocia faza to na zdjęciach jest kotka o imieniu Syggy, której jestem własnością. Żadna literówka. Wczoraj tata mnie poinformował, że kot nie należy do mnie, tylko ja do kota, więc jeśli kiedyś się łudziliście, że jesteście w posiadaniu kota, to byliście w błędzie.













czwartek, 24 kwietnia 2014

Powrót chęci.

Nie wiem ile razy siadałam nad nowym postem i zamykałam po godzinie pustą kartę, by zrobić miejsce na nowy odcinek jednego z seriali.
W kwietni aparat do rąk wzięłam dopiero dla zuchów, by uwiecznić słodziaki w nowych mundurach, w marcu przez mój obiektyw przewinęła się kilka razy Spidey-małpka, meandry i standardowo Paweł. Przez ostatni miesiąc aparat parzył mnie w dłonie, spoglądałam na niego z niechęcią i nawet nie miałam ochoty pomóc mamie robić zdjęcia jakiś ubrań do wystawienia na allegro. Nie mówię już o jakichkolwiek sesjach z osobami, które czekają od zeszłego roku, żebym łaskawie się spięła i z nimi spotkała.
Dopiero do ruszenia aparatu z półki skłoniły mnie ozdoby świąteczne, tak banalnie. Trochę się pobawiłam, oszałamiających efektów z tego nie było, ale na następny dzień przyjechała Spidey-małpka i oprowadzałam ją po swojej polnej dzielni, gdzie sama boję się chodzić (lisy, sarny pojawiające się znikąd, owczarki, których nikt nie pilnuje i te sprawy,) i jakoś tak wyszło mi kilka zdjęć.
Idąc powszechnym tropem narzekania na brak pomysłów i chęci do napisania posta wzięłam się akurat dzisiaj i stwierdzam, że w końcu się coś przyda.



wiem, że mam przyćpany wzrok, ale to zdjęcie jest takie kochane :3





I na koniec. Biorę udział w projekcie Nath Madeline: "Zrób coś po raz pierwszy.". Nie idzie mi on wzorowo, bo kilka dni pominęłam, ale nadrabiam :)

niedziela, 22 grudnia 2013

Czas się ogarnąć, po raz drugi? 30 Day Challenge. Day 7

Jest niedziela, wreszcie ubrałam choinkę, poopłakiwałam los starych, świątecznych lampek, którymi miałam nadzieję przyozdobić pokój. Wszystkie szafki wysprzątałam już wczoraj wraz z bardzo (nie)pomocnym Pawłem :)
No i po raz kolejny stwierdzam, że lepiej pracuje się w nocy. Siedząc do czwartej, zdążyłam zrobić nowy szablon, uzupełnić 100 Day Challenge i zająć się Grudniem w obiektywie, a razem z tym wszystkim uświadomiłam sobie, ile mam roboty przy zdjęciach. Na żadnych sesjach ostatnio nie byłam, chociaż było kilka okazji i wciąż czekają zaległe osoby. Wciąż mam nadzieję umówić się na kilka podczas tego wolnego okresu między świętami a sylwestrem.
Wkrótce będzie kolejny post, a mianowicie mój pierwszy tutorial. Jestem ciekawa, co z tego wyjdzie i mam nadzieję, że pomoże kilku osobom :)

A teraz dzisiejszy challenge, za który brałam się od dawien dawna.

Day 7
A "What's in my bag" post.

zakryty naszywkami staroć, ale torby zazwyczaj nie noszę, toteż plecak wydawał się odpowiedniejszy.



najlepszy na świecie z Fineaszem i Ferbem. Nie, wcale nie jest stary, kupiłam go pół roku przed pójściem do liceum.

Nowy nabytek, mam nadzieję, że uleczy moje zapominalstwo.



I to na tyle. Zapraszam na tutorial jak tylko się pojawi :)

poniedziałek, 25 listopada 2013

Coffee.

To dzisiaj z racji tego, że nie mam jakiś większych planów na posta, zamieszczę przepis na domową kawę latte. Trochę się bawiłam w baristę i miałam dzień, kiedy robiłam ich po cztery filiżanki, żeby dopracować idealne proporcje spienionego mleka i kawy. W wakacje bawiłam się robieniem frappe, i jeśli nie pogubiłam zdjęć to w następnym poście ją zademonstruję. Moim kolejnym celem jest mokka, także potrzebuję tylko czasu wolnego w domu i nabrania zręczności.

Składniki:
2/3 szklanki mleka, 
1/2 szklanki kawy,
Spieniacz do mleka,
Dodatki według uznania.
podaję proporcje do normalnej kawy wysokiej filiżance. moja na zdjęciach jest niewyjściowa.

Przepis:
Jako pierwsze podgrzewamy mleko, żeby było gorące, ale się nie zagotowało. Można w mikrofali, można na gazie. Nie robi to większej różnicy.

Mleko przelać do spieniacza, mój prezentuje się tak, chociaż dostępne są jeszcze takie . Mleko spienia się tak samo, jednak ten jest mi poręczniejszy. Ubijamy mleko przez około 2 minuty, potem delikatnie przelewamy do pustej szklanki.

Zaparzamy kawę. Ważne jest, by szklanka, w której będziemy ją zaparzać miała dzióbek. Kawę lepiej się przelewa, delikatniej, do szklanki z mlekiem dzięki temu. Ja po prostu zaparzyłam ją w spieniaczu, kiedy już go opróżniłam z mleka. Jeśli lubimy kawę słodką to należy pamiętać, że trzeba osłodzić ją przed wlaniem do szklanki ze spienionym mlekiem.

wersja z cynamonem dla mnie, a ze słodkim kakao dla mamy.

Na piankę można posypać cynamon, kakao, wiórki kokosowe, jak kto woli :)

No i bonusowo, biorę udział w 100 Day Song Challenge. Tak, wiem, powinnam najpierw skończyć ostatni challenge, ale wszystko mi psuje ten nadchodzący dzień, bo nie mogę się zabrać za ogarnięcie tych rzeczy.

A teraz moje pytanie. Idąc w ślady Krufkowej postanowiłam stworzyć na blogu Podsumowanie Miesiąca. Co o tym sądzicie? Czy to wypali?

poniedziałek, 18 listopada 2013

Paris.

Czy trzymam się postanowienia? O dziwo, muszę przyznać, że tak. W niedzielę pojechałam na basen z niebywałym zapałem i o dziwo nie byłam aż tak potwornie zmęczona, a pływałam. Z dwiema dłuższymi przerwami na poprawienie niewymiarowych okularków. Czy czuję się lepiej? Zdecydowanie tak. Zapomniałam o tym jak woda wyciąga ze mnie wszystko, kiedy pływam to nic innego się nie liczy. Myślę jedynie o własnym oddechu i o obijającej się o mnie wodzie. Nie przeszkadza mi nawet okropnie bolący łuk brwiowy i już lekko podłapane przeziębienie. Miło było spotkać się z mamą Karoliny, nawet jeśli jej tam nie było, nawet jeśli jej nie zauważyłam, bo bez soczewek jestem jak kret. Miło było podyskutować chwilę z moim starym instruktorem pływania i wysłuchać narzekań, jak w ogóle mogłam zrobić sobie tak długą przerwę. Miło było spotkać pana, który tak denerwował mnie i Karolinę, chlapiąc wyjątkowo rozbieżnie wodą, aż się do niego uśmiechnęłam, ale nie cieszyłam się na tyle, żeby zostać na starym t(h)orze. No i mam nadzieję naciągać rodziców na transport przynajmniej dwa razy w tygodniu, bo mimo uciechy mojego taty z pomysłu powrotu, to nie pływał, z czystego lenistwa.

A dzisiaj trochę makro i mój cudowny breloczek, póki jeszcze żył.





poniedziałek, 26 sierpnia 2013

czternascie.

Znów nie post analogowy. Jakoś nie mogę się zabrać za skanowanie zdjęć, a materiałów innych przybywa. Miałam posta nie dodawać przez jakiś czas, bo dopadła mnie mała depresja fotograficzna, ale że nic u mnie nie trwa długo to wystarczyło kilka dni i wizyta na X Festiwalu Jeździeckim w Gajewnikach, gdzie nie mogłam sobie darować robienia zdjęć i oto jest. Zupełnie nowy materiał, dopiero co wyjęty spod obróbki.
Obiecuję analogi w następnym poście, naprawdę.







Zdecydowanie mój ulubiony koń. Właścicielka także bardzo miła, bardzo jej kibicowałam, by zdobyli jak najwyższą ocenę. Nie wyszło, koń zaczepił pachołek i punkty poleciały w dół.








poniedziałek, 19 sierpnia 2013

trzynascie.

Post dzisiaj bardzo obszerny, bo trochę się działo przez ostatni tydzień. Jak mogłam się spodziewać ta wyczekana wycieczka na Wały Chrobrego, choć z bardzo dobrym przewodnikiem, który cierpliwie czekał co dwie minuty, aż ja sobie popstrykam, nie wypadła tak jak chciałam, bo nowością nie jest, że architektura to nie moja działka. Zatem po dwóch godzinach nieudolnych prób i męki z łapaniem światła mój przewodnik wyraził chęć zrobienia mu kilku zdjęć. Nie wiedział w co się pakował, toteż kilka zdjęć zmieniło się w setkę, a ja byłam bardziej zadowolona z tej sesji niż całej wycieczki po tej ładnej części Szczecina. Jeszcze Park Kasprowicza można uznać za zadowalający, ale z tego także wyszło więcej portretów niż czegokolwiek. Ogólnie po takim dłuższym zwiedzaniu moja niechęć do Szczecina wyparowała i stwierdziłam, że całkiem tam przyjemnie. Oczywiście oprócz tego, że wszędzie jest daleko, a po 17 latach w małym miasteczku to jednak trochę robi różnicę. Na zdjęcia nocne nie udało mi się wyskoczyć, bo byłam zbyt zmęczona po maratonie z science fiction i znów zapomniałam odwiedzić Cafe 22, które szczyci się niemożliwie drogimi deserami i widokiem na panoramę Szczecina.
Nadal nie ogarniam autobusowych biletów minutowych, czemu w kinowych ubikacjach wiszą reklamy filmu o One Direction, turbo ślimaka, kota, który wchodzi przez zamknięte drzwi i pijanych ludzi w autobusie o 4.30.
Wyjazd chętnie powtórzę, dla samego posiedzenia w dobrym towarzystwie, pobudki z najbardziej panoszącym się kotem świata, czy maratonów filmowych, tych kinowych i domowych.



Najbardziej panoszący się kot na świecie, mizantrop jakich mało, tylko na niego spojrzysz, a już wiesz, że Cię nienawidzi, a jednak codziennie rano dopomina się o chwilę uwagi wygrzewając się w słońcu na Twoim brzuchu.

 Z tamtego mostu widać znaczną część Szczecina, przechodzenie na drugą stronę wygląda tak, że trzeba zejść na dół, obejść kawałek pod mostem i wdrapać się po schodach. Niemałe wyzwanie jak na dwugodzinną wyprawę po wszystkim, co ciekawe. Most zostawiłam sobie na koniec.


Pływająca restauracja, i pływające ceny :)













    
 Jak już wspomniałam wycieczkę zwieńczyła sesja zdjęciowa, na górze mój przewodnik. Bardzo trudny model, cały czas mówił i mówił i uśmiechnąć się nie chciał, poza jednym wyjątkiem :)

Dom mojej cioci słynie jako przechowalnia wszelkich staroci. Spotkałam się z trzema radiami, od dawna niesprawnymi, lampką, której podpórka była tańcząca kobieta i moją starą maszyną do pisania od dziadka. Ten album też mnie zaciekawił. Znajdywały się w nim zdjęcia, bardzo stare, Warszawy i Szczecina. 



Pomnik Czynu Polaków z Parku Kasprowicza, powyższe dwa zdjęcia także z tego miejsca.

Marzy mi się fotoreportaż. Taki prawdziwy wyjazd z aparatem, najlepiej samej, gdzie nikt mnie nie pogania i mogę w spokoju wypstrykać wszystko, wejść wszędzie i nie ograniczać się tym, że komuś się nie chce. Myślałam o Sandomierzu, Wrocławiu, Poznaniu, albo chociaż Toruniu. Jeszcze rok i nic nie będzie mnie już ograniczać.
Teraz materiałów na następnego posta mi brak, może w przeciągu tygodnia umówię się na sesję z Dusiaczkiem.

Edit.
A przepraszam, mam jeszcze analogi z Zarzecza :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...