Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niebo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niebo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 kwietnia 2014

Powrót chęci.

Nie wiem ile razy siadałam nad nowym postem i zamykałam po godzinie pustą kartę, by zrobić miejsce na nowy odcinek jednego z seriali.
W kwietni aparat do rąk wzięłam dopiero dla zuchów, by uwiecznić słodziaki w nowych mundurach, w marcu przez mój obiektyw przewinęła się kilka razy Spidey-małpka, meandry i standardowo Paweł. Przez ostatni miesiąc aparat parzył mnie w dłonie, spoglądałam na niego z niechęcią i nawet nie miałam ochoty pomóc mamie robić zdjęcia jakiś ubrań do wystawienia na allegro. Nie mówię już o jakichkolwiek sesjach z osobami, które czekają od zeszłego roku, żebym łaskawie się spięła i z nimi spotkała.
Dopiero do ruszenia aparatu z półki skłoniły mnie ozdoby świąteczne, tak banalnie. Trochę się pobawiłam, oszałamiających efektów z tego nie było, ale na następny dzień przyjechała Spidey-małpka i oprowadzałam ją po swojej polnej dzielni, gdzie sama boję się chodzić (lisy, sarny pojawiające się znikąd, owczarki, których nikt nie pilnuje i te sprawy,) i jakoś tak wyszło mi kilka zdjęć.
Idąc powszechnym tropem narzekania na brak pomysłów i chęci do napisania posta wzięłam się akurat dzisiaj i stwierdzam, że w końcu się coś przyda.



wiem, że mam przyćpany wzrok, ale to zdjęcie jest takie kochane :3





I na koniec. Biorę udział w projekcie Nath Madeline: "Zrób coś po raz pierwszy.". Nie idzie mi on wzorowo, bo kilka dni pominęłam, ale nadrabiam :)

poniedziałek, 18 listopada 2013

Paris.

Czy trzymam się postanowienia? O dziwo, muszę przyznać, że tak. W niedzielę pojechałam na basen z niebywałym zapałem i o dziwo nie byłam aż tak potwornie zmęczona, a pływałam. Z dwiema dłuższymi przerwami na poprawienie niewymiarowych okularków. Czy czuję się lepiej? Zdecydowanie tak. Zapomniałam o tym jak woda wyciąga ze mnie wszystko, kiedy pływam to nic innego się nie liczy. Myślę jedynie o własnym oddechu i o obijającej się o mnie wodzie. Nie przeszkadza mi nawet okropnie bolący łuk brwiowy i już lekko podłapane przeziębienie. Miło było spotkać się z mamą Karoliny, nawet jeśli jej tam nie było, nawet jeśli jej nie zauważyłam, bo bez soczewek jestem jak kret. Miło było podyskutować chwilę z moim starym instruktorem pływania i wysłuchać narzekań, jak w ogóle mogłam zrobić sobie tak długą przerwę. Miło było spotkać pana, który tak denerwował mnie i Karolinę, chlapiąc wyjątkowo rozbieżnie wodą, aż się do niego uśmiechnęłam, ale nie cieszyłam się na tyle, żeby zostać na starym t(h)orze. No i mam nadzieję naciągać rodziców na transport przynajmniej dwa razy w tygodniu, bo mimo uciechy mojego taty z pomysłu powrotu, to nie pływał, z czystego lenistwa.

A dzisiaj trochę makro i mój cudowny breloczek, póki jeszcze żył.





wtorek, 12 listopada 2013

Wschód słońca.

To jest w zupełności normalne, że myślałam o wczorajszym dniu, jako niedzieli. Wcale mnie to nie dziwi, dopiero pakując plecak i przypominając sobie o dzisiejszej etyce zorientowałam się, że już jest wtorek. Za tym idzie ciąg przypominajek. Co ja robiłam w niedzielę? Dlaczego zapomniałam o poście? Oj, dwie godziny geografii dzisiaj.
Myśląc, że jest niedziela coś postanowiłam, ale kiedy zdałam sobie sprawę, że jest poniedziałek to zmotywowało mnie to jeszcze bardziej, bo nie musiałam sobie obiecywać: "Ale zacznę od poniedziałku." tylko tak naprawdę zaczęłam od poniedziałku.
Przyszła do mnie fatalna myśl. Pozostało tylko 246 dni do mojej osiemnastki, a zawsze wyobrażałam sobie siebie przy przekraczaniu tego "nowego etapu" zupełnie inaczej niż wyglądam teraz. Twierdziłam, że do tego czasu uda mi się zmienić wszystko, co chciałam, że jeszcze niedawno to od urodzin dzieliło mnie tyle czasu. Teraz zdałam sobie sprawę, że jednak nie zostało go tyle. No i zaczęło się standardowo. Ile mogę zrzucić w miesiąc? Co robić, żeby zrzucić? Czy to jest mi naprawdę potrzebne? Wystarczająco. Ćwiczyć i zdrowo się odżywiać. Tak, zdecydowanie tak.
Tylko ze mną zawsze jest problem, a może nie tylko ze mną. Nie lubię się zmuszać do czegokolwiek. Ćwiczenia w domu mnie nudzą. Na rower, który uwielbiam jest już za zimno. Biegać nie lubię, a nie uprawiam żadnego sportu. I o czym pomyślałam? Na początku o niczym. Pojawiło się zniechęcenie i wstępna faza poddania i zalegnięcia ponownie na kanapie, pod kocem z Hankiem Moody.
Reagując na wczorajsze chłody, przeszukiwałam szufladę za ciepłymi skarpetami, a zamiast nich znalazłam swój czepek pływacki. Wstępna kalkulacja i wciągu chwili wiedziałam, że ostatni raz na basenie zawitałam przeszło półtora roku temu. Zbrodnia. Przecież uwielbiałam pływać, nawet jeśli żadnym konkretnym stylem i łączyłam delfina z żabką. Nieistotne! Naprawdę to lubiłam. Nawet kiedy Karolina mi się wykruszyła, siedząc w samochodzie i grając w Sudoku, obie się wykruszyłyśmy. Z takich, czy innych powodów, to nie jest istotne, ale ja chcę wrócić.
Pobiegłam z tym czepkiem do taty, który jak mnie zobaczył zaczął się głośno śmiać. Zapytałam, czy nie chce wrócić ze mną, a on odpowiedział szerokim uśmiechem i zadowolonym kiwnięciem głowy. Kiedy mogę z nim jeździć, wiem że znajdę motywację, kiedy znów zechcę się poddać. On mi nie pozwoli.
Także, biorę się za siebie. Dla mnie dobrze, dla mojego samopoczucia też, dla mojej figury tym bardziej. Na co mam dłużej czekać?

Dzisiaj wschód słońca, który mam okazję widywać codziennie, szykując się do szkoły. Raz wyszłam na balkon i z ręcznikiem na głowie pstryknęłam kilka zdjęć.



poniedziałek, 9 września 2013

war. part one.

Postanowiłam podzielić post na dwie części, ale niekoniecznie drugą opublikuję z tygodniowym odstępem. Możliwe, że jak tylko uporam się z obróbką pojawi się już za dwa, może trzy dni.
Relacja będzie wprost z pola bitwy, a dokładniej rekonstrukcji historycznej, która odbyła się niedaleko mojego miasta, w Beleniu. Co prawda przegapiłam początek, bo ludzi zebrało się tam chyba z całego województwa i przez dłuższy czas miałam problem z przedostaniem się w miarę blisko, by coś uchwycić. Kiedy znalazłam sobie miejsce, nie zważając już na żadne niedogodności rozsiadłam się na ziemi i po prostu robiłam zdjęcia. Wyszło mi ich około pięćset, ale połowę już wywaliłam, z czego jedna czwarta nadaje się do pokazania gdziekolwiek i mam też ze dwie, trzy swoje perełki, na które nie mogę się napatrzeć.
No to może trochę o rekonstrukcji.
Dotyczyła wydarzeń z 4 i 5 września 1939 roku, historyczny skrót, myślę że więcej nie potrzeba. Sama inscenizacja była niesamowita. Zaraz nad głowami oglądających przelatywały samoloty, słychać było każdy wybuch i strzał, a wszechobecny dym był dla mnie rajem przy robieniu zdjęć, bo głównie po to tam pojechałam. Pawła interesowały tylko samochody wojskowe, więc w żadnym wypadku nie mógł usiedzieć ze mną chwili, bym mogła uwiecznić choć trochę pokazu. Szybko się go pozbyłam i już do końca inscenizacji miałam spokój. Obok mnie usiadła trójka dzieciaków, które zaangażowaniem przekonywały się nad prawdziwością tego przedstawienia, jeden chłopczyk próbował mnie przekonać, że rekonstruktorzy źle grają, bo oni tylko upadają, a nie umierają naprawdę. Jeszcze zanim zaczęłam robić zdjęcia potwornie spanikowałam, bo całe przedstawienie było pod słońce, a mnie zawsze to stresuje, ale jakoś udało mi się wybrnąć z tego z całkiem niezłym efektem.
Także zapraszam dzisiaj wyjątkowo chętnie :)












środa, 4 września 2013

pietnascie.

Wreszcie upragnione analogowe, upragnione przeze mnie, bo bardzo chciałam je wreszcie pokazać. Tłumaczę się z przebarwień, otóż dowiedziałam się niedawno, że zostało wyprodukowane kilkanaście Olympusów Om-10 z wadą fabryczną i musiałabym nie być sobą, żeby na takowy nie trafić. Połowę zdjęć zwykle wyrzucam do kosza, bo mimo pięknego słońca migawka zamyka się dopiero po dwóch sekundach, co daje kliszy anormalne ilości światła, a żółcie to najprawdopodobniej wina starej kliszy.
Jak dowiedziałam się ze strony internetowej Olympusa: "OM-10 często są ofiarami "syndromu klejących się styków", objawia się on przedłużaniem czasu otwarcia migawki w stosunku do zmierzonej wartości w wyniku zabrudzenia styków olejem z prowadnic migawki."
Zdjęcia pochodzą ogólnie mówiąc ze Śląska, bo jest trochę Zarzecza, trochę Góry Żar, trochę Hrobaczej Łąki, ale też jedno z mojego miasta się znalazło.


Przeurocze miejsce, zaraz za zejściem z Hrobaczej Łąki, odkryte przez ciekawskich palaczy, którzy zapuścili się w krzaki i chaszcze i zupełnie przypadkowo znaleźli zejście do jeziora, gdzie od razu nas zaciągnęli. Miejsce piękne, pan wędkarz na pomoście na przeciwko chyba nas nie polubił, bo rzucający kamieniami straszyli mu ryby, ale idealne miejsce na nic nie robienie i czekanie na autobus powrotny :)


Droga powrotna z Hrobaczej Łąki.

W dół Góry Żar.

A taki widoczek towarzyszył nam przy każdym zejściu ze 180 schodków z naszego obozu. Żałowałam jedynie, że na swoją pierwszą i ostatnią wycieczkę tam rowerkami wodnymi nie zabrałam aparatu, bo pośrodku wody wyglądało to jeszcze lepiej.


To już chyba Żywiec, w drodze do sklepu bodajże.


Portret zawsze jakiś musi być. Na zdjęciu Marta :)



poniedziałek, 26 sierpnia 2013

czternascie.

Znów nie post analogowy. Jakoś nie mogę się zabrać za skanowanie zdjęć, a materiałów innych przybywa. Miałam posta nie dodawać przez jakiś czas, bo dopadła mnie mała depresja fotograficzna, ale że nic u mnie nie trwa długo to wystarczyło kilka dni i wizyta na X Festiwalu Jeździeckim w Gajewnikach, gdzie nie mogłam sobie darować robienia zdjęć i oto jest. Zupełnie nowy materiał, dopiero co wyjęty spod obróbki.
Obiecuję analogi w następnym poście, naprawdę.







Zdecydowanie mój ulubiony koń. Właścicielka także bardzo miła, bardzo jej kibicowałam, by zdobyli jak najwyższą ocenę. Nie wyszło, koń zaczepił pachołek i punkty poleciały w dół.








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...